Czyli co mi się w England nie podoba:
- KOBIETY!!!
- chleb – jeśli da się to tak nazwać
- agencje pracy – mają Cię w nich za beetroota
- domy – po pijaku za cholerę nie trafisz do swojego bo wszystkie takie same
- deszczu – pada nawet gdy świeci słońce
- ruchu lewostronnego – za nic się nie mogę przyzwyczaić
- sztucznej uprzejmości angoli – How are you mate? A nic ich to nie obchodzi, zwyczaj po prostu.
- dwa krany – jeden od ciepłej drugi od zimnej wody…hmmmm
Z czasem dopiszę jak coś mi się nie spodoba
Podpisuje się pod powyższymi:
pieczywo jest tak tragiczne, że mój wujek (który mieszka na stałe) woli wypiec sobie spód od pizzy i zjeść z szybką niż tykać ich paskudny chleb.
Jeśli chodzi o to ich “how are you doing mate?” to nie należy tego traktować poważnie – mija mnie taki na ulicy “How are you doing?” ja się odwracam żeby powiedzieć “I’m fine, thanks” – a jego już nie ma… To tak naprawdę jest nasz odpowiednik “Siema”.
Jeśli zaś idzie o wodę, to chyba trzeba by dopisać baaardzo niskie ciśnienie (chociaż nie wiem czy wszędzie, ja byłem w dwóch mieszkaniach i było tak samo): woda ledwo się sączyła, w dodatku wystarczyło podnieść słuchawkę powyżej ramienia żeby zupełnie przestała ciec…